,,Britt długo przygotowywała się do wymarzonej wyprawy wzdłuż łańcucha górskiego Teton. Niespodziewanie dołącza do niej jej były chłopak, o którym dziewczyna wciąż nie może zapomnieć. Zanim Britt odkryje, co tak naprawdę czuje do Calvina, burza śnieżna zmusza ją do szukania schronienia w stojącym na odludziu domku i skorzystania z gościnności dwóch bardzo przystojnych nieznajomych. Jak się okazuje, obaj są zbiegami. Britt staje się ich zakładniczką. W zamian za uwolnienie zgadza się wyprowadzić ich z gór.
Gdy dziewczyna odkrywa mrożący krew w żyłach dowód na to, że w okolicy grasuje seryjny morderca, a ona może stać się jego kolejnym celem, sprawy przybierają dramatyczny obrót…"
Kiedy tylko się dowiedziałam, że w księgarniach ma się pojawić nowa książka wydana spod pióra Fitzpatrick, od razu wiedziałam, że muszę ją mieć. Byłam na spotkaniu z tą pisarką w Warszawie, gdyż wcześniej przeczytałam inną jej serię i bardzo mi się spodobała. Jednak gdy zobaczyłam opis Black Ice... Odrobinę się zdziwiłam, bo wątpiłam w to, żeby Becca napisała jakiś dobry kryminał. Zwłaszcza, że jestem ogromną fanką tego typu powieści i czytałam kryminały napisane przez absolutnych mistrzów w tej dziedzinie, np: Agatha Christie czy Harlan Coben.
Na wstępie odniosę się do opinii czytelników, które znalazłam na początku książki. ,,Ubierz się ciepło, gdyż ta książka przyprawia o dreszcze". Zanim ją przeczytałam nie sądziłam, że będzie tak naprawdę. Przeczytałam ją jednym tchem, nie mogąc się oderwać. Intryga pochłonęła mnie tak bardzo, że te 446 stron pochłonęłam w jeden wieczór, a skończyłam czytać z wypiekami na policzkach.
Mroczna okładka i lekki niepokój towarzyszący podczas czytania sprawiają, że nie mogłam po prostu odłożyć jej na półkę w połowie i wrócić do innych zajęć.
Jeżeli chodzi o fabułę to ja nie mam się do czego przyczepić. Ciekawe dialogi, przyprawiające o dreszcze napięcie, no i oczywiście niesamowity i nagły zwrot akcji! Byłam bardzo zdziwiona, że udało się pani Fitzpatrick tak dobrze poprowadzić intrygę. Nie jest to kryminał nad kryminałami, ale spełnia odpowiednie kryteria.
Jedynie z główną bohaterką miałam problem. Miałam wrażenie, że postać Britt nie była zbyt dobrze dopracowana, bo w zależności od sytuacji charakter dziewczyny się zmieniał. Często irytowała mnie swoim zachowaniem podejmując głupie decyzje i pochopne wnioski. Ale to naprawdę maleńki problem i nie przeszkadzał mi bardzo w czytaniu.
O dziwo, w kryminale nie zabrakło także szczypty humoru i ironii. Dialogi pomiędzy postaciami były wciągające tak bardzo, jak relacje pomiędzy nimi.
,,- Nienawidzę cię - jęknęłam żałośnie.
- Tak, to już ustaliliśmy. Chodźmy."
,,- Niech cię piekło pochłonie!
- Wybacz, kochanie, ale już w nim jesteśmy."
Było również trochę melancholii, ponieważ Britt nieustannie myślała o wydarzeniach z przeszłości(co także mnie odrobinę irytowało).
,,Mówią, że kiedy umierasz, całe życie przebiega ci przed oczami. Nikt nie mówi jednak o tym, że kiedy patrzysz, jak umiera osoba, którą kiedyś kochałeś, doświadczenie to jest podwójnie bolesne, ponieważ przeżywasz na nowo dwa życia, które niegdyś podążały tą samą drogą."
Podsumowując Black Ice jest dobrym kryminałem dla młodzieży, którzy nie mają doświadczenia w tym gatunku, choć ekspertów w tej dziedzinie również zadowoli. Polecam ją serdecznie i przypominam (cytując książkę)
,,Nie daj się zwieść pozorom!"
Who reads books, he lives a double...
Na tym blogu znajdziesz recenzje książek mojego autorstwa. Jeśli przeczytałeś/łaś mile widziany komentarz ;) Miłego czytania :)
poniedziałek, 19 stycznia 2015
sobota, 10 stycznia 2015
,,Gwiazd Naszych Wina" John Green
,,Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat.
Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.
Wnikliwa, odważna, pełna humoru i ostra Gwiazd naszych wina to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena. Autor w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości."
To właśnie jedna z tych książek, których nie da się zapomnieć, ani nie wzruszyć się podczas jej czytania. Nikt kto ją przeczytał nie może tak po prostu odłożyć jej na półkę. Należy do tych książek, które są po prostu dobre. Doskonałe w swojej prostocie. Nie da się nie zauważyć geniuszu John'a Green'a. Jego umiejętność do manipulowania czytelnikiem jest godna podziwu. Nawet ja, choć nie miewam w zwyczaju płakać podczas czytania, ryczałam jak bóbr przy ostatnich rozdziałach i przez pół godziny nie mogłam się otrząsnąć.
Autor ma fajny i lekki styl pisania, który bardzo łatwo się czyta. Podobało mi się, to w jaki sposób Green opowiada o chorobie Hazel. Podchodził do tego z dużym dystansem, co sprawiało, że to nie jest to książka o raku a o wielkiej miłości. Można powiedzieć, że ta książka jest jednym wielkim cytatem. Główna bohaterka dużo rozmyśla o swojej chorobie, o życiu i o śmierci. Jednak mimo poważnej tematyki jest pisana z humorem jak większość książek John'a. To sprawia, że sam rak schodzi na drugi plan.
Jeśli chodzi o postacie, to Hazel bardzo mi się podobała. Zwykła nastolatka, która niestety umiera, ale dostaje od życia szansę na miłość. Po tylu latach choroby już chyba oswoiła się z myślą, że wkrótce umrze, dlatego o swojej chorobie mówi z dużym dystansem. Augustus był oczywiście wspaniały. Uroczy, zabawny, inteligentny i jako jedyny rozumiał Hazel. Jednak jedyne co muszę mu zarzucić to to, że jak dla mnie to był trochę zbyt pretensjonalny. Te wszystkie jego metafory były mocno przesadzone. Weźmy na przykład rozmowę Hazel i Gusa, kiedy ten wyciągnął papierosa, a dziewczyna myślała, że go zapali i zaczęła prawić mu morały na temat chorób płuc. Augustus powiedział wtedy: ,, Widzisz, to metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał.(...) Metafora.
Ale to tylko drobny szczegół, który akceptuję, ponieważ wiem, że taka właśnie miała być ta postać. Ogólnie ich rozmowy były bardzo ciekawe. Wydawało mi się jakby obydwoje bardzo dobrze rozumieli siebie nawzajem, choć inni nie widzieli sensu w ich rozmowach. Bardzo przyjemnie czyta się ich dialogi, a ja prawie za każdym razem się uśmiechałam.
,,Nawet się za dobrze nie znamy- zoponowałam. Wzięłam książkę z półki między siedzeniami.- Może zadzwonię do ciebie, kiedy skończę ją czytać?
-Ale przecież nie znasz mojego numeru - zauważył.
-Mam dziwne przeczucie, że zapisałeś mi go na karcie tytułowej.
Uśmiechnął się tym niemądrym uśmiechem.
- I ty twierdzisz, że się dobrze nie znamy."
,, A nie masz już marzenia?- Chodziło mu o tę organizację, o Fundację Jestem Dżinem, która spełnia życzenia chorych dzieciaków.
-Nie - odpowiedziałam.- Wykorzystałam je przed Cudem.
-A na co?
Westchnęłam głośno.
- Miałam trzynaście lat- zaznaczyłam.
-Tylko nie Disney!- przeraził się.
Nie odpowiedziałam.
-Hazel GRACE- krzyknął- Nie wykorzystałaś chyba swojego jedynego życzenia przed śmiercią, żeby pojechać z rodzicami do Disney Worldu!
-I do Epcot Center- wymamrotałam.
-O, mój Boże - załamał się Augustus. -Nie mogę uwierzyć, że zadurzyłem się w dziewczynie, która ma tak pospolite marzenia."
Naprawdę to świetna książka, która przebija wszystkie inne książki o rakach i miłości. Jest nie tylko dla młodzieży, ale i dla osób dorosłych (moja mama może to potwierdzić). Każdemu gwarantuję falę emocji, która spłynie na każdego po przeczytaniu. Nawet najtwardsi czytelnicy będą płakać lub chociaż zostaną poruszeni.
-Okay- powiedział, gdy minęła cała wieczność.- Może ,,okay" będzie naszym ,,zawsze".
-Okay- zgodziłam się.
Mam nadzieję, że ktoś w ogóle czyta te moje wypociny ;p
Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.
Wnikliwa, odważna, pełna humoru i ostra Gwiazd naszych wina to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena. Autor w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości."
To właśnie jedna z tych książek, których nie da się zapomnieć, ani nie wzruszyć się podczas jej czytania. Nikt kto ją przeczytał nie może tak po prostu odłożyć jej na półkę. Należy do tych książek, które są po prostu dobre. Doskonałe w swojej prostocie. Nie da się nie zauważyć geniuszu John'a Green'a. Jego umiejętność do manipulowania czytelnikiem jest godna podziwu. Nawet ja, choć nie miewam w zwyczaju płakać podczas czytania, ryczałam jak bóbr przy ostatnich rozdziałach i przez pół godziny nie mogłam się otrząsnąć.
Autor ma fajny i lekki styl pisania, który bardzo łatwo się czyta. Podobało mi się, to w jaki sposób Green opowiada o chorobie Hazel. Podchodził do tego z dużym dystansem, co sprawiało, że to nie jest to książka o raku a o wielkiej miłości. Można powiedzieć, że ta książka jest jednym wielkim cytatem. Główna bohaterka dużo rozmyśla o swojej chorobie, o życiu i o śmierci. Jednak mimo poważnej tematyki jest pisana z humorem jak większość książek John'a. To sprawia, że sam rak schodzi na drugi plan.
Jeśli chodzi o postacie, to Hazel bardzo mi się podobała. Zwykła nastolatka, która niestety umiera, ale dostaje od życia szansę na miłość. Po tylu latach choroby już chyba oswoiła się z myślą, że wkrótce umrze, dlatego o swojej chorobie mówi z dużym dystansem. Augustus był oczywiście wspaniały. Uroczy, zabawny, inteligentny i jako jedyny rozumiał Hazel. Jednak jedyne co muszę mu zarzucić to to, że jak dla mnie to był trochę zbyt pretensjonalny. Te wszystkie jego metafory były mocno przesadzone. Weźmy na przykład rozmowę Hazel i Gusa, kiedy ten wyciągnął papierosa, a dziewczyna myślała, że go zapali i zaczęła prawić mu morały na temat chorób płuc. Augustus powiedział wtedy: ,, Widzisz, to metafora: trzymasz w zębach czynnik niosący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabijał.(...) Metafora.
Ale to tylko drobny szczegół, który akceptuję, ponieważ wiem, że taka właśnie miała być ta postać. Ogólnie ich rozmowy były bardzo ciekawe. Wydawało mi się jakby obydwoje bardzo dobrze rozumieli siebie nawzajem, choć inni nie widzieli sensu w ich rozmowach. Bardzo przyjemnie czyta się ich dialogi, a ja prawie za każdym razem się uśmiechałam.
,,Nawet się za dobrze nie znamy- zoponowałam. Wzięłam książkę z półki między siedzeniami.- Może zadzwonię do ciebie, kiedy skończę ją czytać?
-Ale przecież nie znasz mojego numeru - zauważył.
-Mam dziwne przeczucie, że zapisałeś mi go na karcie tytułowej.
Uśmiechnął się tym niemądrym uśmiechem.
- I ty twierdzisz, że się dobrze nie znamy."
,, A nie masz już marzenia?- Chodziło mu o tę organizację, o Fundację Jestem Dżinem, która spełnia życzenia chorych dzieciaków.
-Nie - odpowiedziałam.- Wykorzystałam je przed Cudem.
-A na co?
Westchnęłam głośno.
- Miałam trzynaście lat- zaznaczyłam.
-Tylko nie Disney!- przeraził się.
Nie odpowiedziałam.
-Hazel GRACE- krzyknął- Nie wykorzystałaś chyba swojego jedynego życzenia przed śmiercią, żeby pojechać z rodzicami do Disney Worldu!
-I do Epcot Center- wymamrotałam.
-O, mój Boże - załamał się Augustus. -Nie mogę uwierzyć, że zadurzyłem się w dziewczynie, która ma tak pospolite marzenia."
Naprawdę to świetna książka, która przebija wszystkie inne książki o rakach i miłości. Jest nie tylko dla młodzieży, ale i dla osób dorosłych (moja mama może to potwierdzić). Każdemu gwarantuję falę emocji, która spłynie na każdego po przeczytaniu. Nawet najtwardsi czytelnicy będą płakać lub chociaż zostaną poruszeni.
-Okay- powiedział, gdy minęła cała wieczność.- Może ,,okay" będzie naszym ,,zawsze".
-Okay- zgodziłam się.
Mam nadzieję, że ktoś w ogóle czyta te moje wypociny ;p
poniedziałek, 5 stycznia 2015
,,Szukając Alaski" John Green
,,Życie Milesa Haltera było totalną nudą aż do dnia, gdy zaczął naukę w równie nudnej szkole z internatem. Wtedy spotkał Alaskę Young. Piękną, inteligentną, zabawną i do bólu fascynującą. Alaska owinęła sobie Milesa wokół palca, wciągając go do swojego świata i kradnąc mu serce. Czy dzięki niej chłopak odnajdzie to czego szuka? Wielkie Być Może- najintensywniejsze i najprawdziwsze doświadczenie rzeczywistości."
Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Miles Halter, szesnastolatek pozbawiony przyjaciół, którego największą pasją jest zapamiętywanie ostatnich słów znanych ludzi. Miles ma w życiu cel – odnaleźć Wielkie Być Może, czyli najprawdziwsze i najintensywniejsze doświadczenie rzeczywistości. Postanawia je znaleźć w Culver Creek, szkole z internatem, słynącej z dość rygorystycznych zasad. Tam poznaje Alaskę Young, intrygującą i piękną dziewczynę, o magnetycznej osobowości, dziewczynę, która odmieni jego życie. Wraz z nią i resztą jej paczki – Pułkownikiem, Takumim i Larą, Miles pozna uroki młodości, których do tej pory nie zaznał. A przede wszystkim pozna jak smakuje przyjaźń.
Oczywiście John Green nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził do tej sielankowej powieści trochę zamieszania. Książka jest podzielona na części: Przed i Po. Naturalnie można się domyślić, że na przełomie tych części zdarzy się coś ważnego- już na początku czytania zorientowałam się, że to będzie właśnie to wydarzenie, którym Green całkowicie mnie rozbroi tak jak to bywało w innych jego książkach. I oczywiście miałam rację. Znów biję pokłony John'owi, który kolejny raz złamał mi serce i jednocześnie je posklejał. Ta książka, pozornie zwykła i prosta, ma w sobie coś tak urokliwego, że nie da się przejść obok niej obojętnie.
Bohaterowie jak zwykle w książkach Green'a są charakterystyczni i fascynujący. Szczególnie Alaska jest bardzo tajemnicza. Można by nawet stwierdzić, że jest dziwna i szalona.
"Gdyby ludzie byli deszczem, to ja byłbym mżawką, a ona huraganową ulewą."
Tak określa ją Klucha (takie przezwisko nosi Miles). Uważam, że tu trafił w sedno. Jest szalona i wybuchowa, a czasem bywa refleksyjna i pogrążona w myślach. To sprawia, że tak fascynuje czytelników. Jest też bardzo inteligentna, ma trafne spostrzeżenia i dużo myśli o życiu.
,,-Dlaczego palisz tak cholernie szybko?- zapytałem.
Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się szeroko- taki rozdziaw japy przy jej małej twarzy mógłby wyglądać przygłupiaście, gdyby nie kontrastowała z nim niezaprzeczalna elegancja zieleni jej oczu. Uśmiechnęła się, rozradowana jak dzieciak w ranek Bożego Narodzenia, i rzekła:
-Wy wszyscy palicie dla przyjemności. Ja palę po to, aby umrzeć."
,,-Chciałam zawsze mieć coś do czytania, no ale jest tak dużo do zrobienia. Papierosy do wypalenia, seks do uprawiania, huśtawki do huśtania się. Będę miała więcej czasu na czytanie, gdy zrobię się stara i nudna."
John Green pod przykrywką zwykłej, prostej książki, zagłębia się w bardzo ważne tematy o życiu, śmierci, problemach. Bardzo, bardzo polecam tę książkę, a jeżeli jeszcze ktoś nie czytał żadnych powieści tego autora to odsyłam do księgarni i zachęcam do rozkoszowania się pięknym i refleksyjnym dziełem John'a Green'a.
Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Miles Halter, szesnastolatek pozbawiony przyjaciół, którego największą pasją jest zapamiętywanie ostatnich słów znanych ludzi. Miles ma w życiu cel – odnaleźć Wielkie Być Może, czyli najprawdziwsze i najintensywniejsze doświadczenie rzeczywistości. Postanawia je znaleźć w Culver Creek, szkole z internatem, słynącej z dość rygorystycznych zasad. Tam poznaje Alaskę Young, intrygującą i piękną dziewczynę, o magnetycznej osobowości, dziewczynę, która odmieni jego życie. Wraz z nią i resztą jej paczki – Pułkownikiem, Takumim i Larą, Miles pozna uroki młodości, których do tej pory nie zaznał. A przede wszystkim pozna jak smakuje przyjaźń.
Oczywiście John Green nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził do tej sielankowej powieści trochę zamieszania. Książka jest podzielona na części: Przed i Po. Naturalnie można się domyślić, że na przełomie tych części zdarzy się coś ważnego- już na początku czytania zorientowałam się, że to będzie właśnie to wydarzenie, którym Green całkowicie mnie rozbroi tak jak to bywało w innych jego książkach. I oczywiście miałam rację. Znów biję pokłony John'owi, który kolejny raz złamał mi serce i jednocześnie je posklejał. Ta książka, pozornie zwykła i prosta, ma w sobie coś tak urokliwego, że nie da się przejść obok niej obojętnie.
Bohaterowie jak zwykle w książkach Green'a są charakterystyczni i fascynujący. Szczególnie Alaska jest bardzo tajemnicza. Można by nawet stwierdzić, że jest dziwna i szalona.
"Gdyby ludzie byli deszczem, to ja byłbym mżawką, a ona huraganową ulewą."
Tak określa ją Klucha (takie przezwisko nosi Miles). Uważam, że tu trafił w sedno. Jest szalona i wybuchowa, a czasem bywa refleksyjna i pogrążona w myślach. To sprawia, że tak fascynuje czytelników. Jest też bardzo inteligentna, ma trafne spostrzeżenia i dużo myśli o życiu.
,,-Dlaczego palisz tak cholernie szybko?- zapytałem.
Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się szeroko- taki rozdziaw japy przy jej małej twarzy mógłby wyglądać przygłupiaście, gdyby nie kontrastowała z nim niezaprzeczalna elegancja zieleni jej oczu. Uśmiechnęła się, rozradowana jak dzieciak w ranek Bożego Narodzenia, i rzekła:
-Wy wszyscy palicie dla przyjemności. Ja palę po to, aby umrzeć."
,,-Chciałam zawsze mieć coś do czytania, no ale jest tak dużo do zrobienia. Papierosy do wypalenia, seks do uprawiania, huśtawki do huśtania się. Będę miała więcej czasu na czytanie, gdy zrobię się stara i nudna."
John Green pod przykrywką zwykłej, prostej książki, zagłębia się w bardzo ważne tematy o życiu, śmierci, problemach. Bardzo, bardzo polecam tę książkę, a jeżeli jeszcze ktoś nie czytał żadnych powieści tego autora to odsyłam do księgarni i zachęcam do rozkoszowania się pięknym i refleksyjnym dziełem John'a Green'a.
wtorek, 30 grudnia 2014
,,GONE. Zniknęli" Michael Grant
,,W mgnieniu oka znikają dorośli.
Nauczyciele. Policjanci. Lekarze.
Rodzice...
Zostają nastolatki. Dzieci. Niemowlęta.
Milkną telefony. Nie działa internet.
Nie ma telewizji.
Nikt nie wie, co się stało...
Pomoc nie nadchodzi.
Czas ucieka.
W dniu swoich piętnastych urodzin znikniesz...
Tak jak oni."
10 listopada, godzina 10:18. W mgnieniu oka znikają wszyscy dorośli oraz nastolatkowie, którzy ukończyli piętnaście lat. Milkną telefony, nie działa telewizja ani internet. W miasteczku – Perdido Beach – pozostają wyłącznie niemowlęta oraz dzieci. Żadne z nich nie ma pojęcia, co się stało. Dzieciaki, przerażone zaistniałą sytuacją, starają się jednak nie tracić zimnej krwi i próbują nad wszystkim zapanować. Odkrywają ponadto, iż miasteczko zostało odgrodzone od reszty światy czymś w rodzaju muru, przez który nijak nie można się przebić. Dzieciaki nazywają obszar pod kopułą ETAP-em, co jest skrótem od hasła ,,Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. Co więcej, w Perdido Beach pojawiają się zmutowane zwierzęta, a niektóre dzieci zostają obdarzone paranormalnymi mocami.
Bardzo długo przymierzałam się do tej książki, aż w końcu ją kupiłam. ,,Pochłonęłam" ją w jeden wieczór i od razu na następny dzień leciałam do księgarni po następną część. Na wstępie pogratuluję autorowi świetnego pomysłu. Choć niektórzy porównują ją do książki Stephena Kinga ,,Pod kopułą", to są to zupełnie inaczej napisane powieści. Przeczytałam obie te książki i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że mimo ogromnego szacunku i podziwu dla tzw. "Króla Grozy", czyli Stephena Kinga, to ,,GONE. Zniknęli" dużo bardziej mi się podobało.
Uważam, że książka jest bardzo fajnie pisana. Przy każdym rozdziale jest jakby "licznik", który pokazuje ile godzin i minut zostało do finalnego wydarzenia, które zakończy część.
Dodatkowo na pierwszych stronach umieszczone są dwie mapki. Jedna- mapka Perdido Beach, miasteczka, w którym toczy się akcja- Druga- mapka ETAP-u, czyli terytorium znajdujące się pod kopułą. Jest to bardzo fajna koncepcja, ponieważ łatwiej jest nam sobie wyobrazić miejsca akcji, pościgi czy bitwy. Ja osobiście ciągle do niej zaglądałam.
Akcja utworu toczy się bardzo szybko, nie ma miejsca na nudę, cały czas coś się dzieje. Krótki jest także czas trwania powieści, bo liczy on zaledwie trzynaście dni. Naprawdę dużo się dzieje, jest dużo wątków i każdy jest ciekawy.
Są dobrze wykreowani bohaterowie, każdy jest inny i oryginalny na swój sposób. Trzeba dodać, że jest ich przede wszystkim bardzo dużo, a autor każdemu z nich poświęcił odpowiednią ilość uwagi. Główną postacią jest Sam, który ma prawie piętnaście lat i za kilkanaście dni także ma zniknąć. Od razu go polubiłam, dlatego że zawsze był po prostu sobą. Mimo, że w szkole nigdy nie był jakoś szczególnie wyróżniany, to stał się najważniejszą osobą w ETAP-ie. Jego najlepszym przyjacielem jest Quinn, którego osobiście nie lubiłam, no ale cóż. Sam od zawsze był zakochany w Astrid. Pięknej blondynce, którą wszyscy nazywali "Genialną Astrid", dlatego że była po prostu genialna. Chodziła w szkole na wszystkie najbardziej zaawansowane kursy studenckie itp. Sam nigdy nie pomyślałby, że taka dziewczyna się do niego odezwie. Ale w tej trudnej sytuacji, która ich zastała, zbliżają się do siebie.
Reasumując książka mi się bardzo podobała. Sięgnęłam także po następne tomy, bo takowe są. Nie zawiodłam się na nich. Myślę, że ta seria przypadnie do gustu wielu czytelnikom. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Należyta doza grozy, romansu, trochę nauki i fantasy. Świetne połączenie, choć trudne do zrealizowania, bo można się pogubić, tutaj zastosowane było idealnie. Książka już po przeczytaniu pierwszego tomu stała się jedną z moich ulubionych, dlatego serdecznie ją polecam każdemu zapalonemu czytelnikowi.
Mam nadzieję, że się podobało :)
Nauczyciele. Policjanci. Lekarze.
Rodzice...
Zostają nastolatki. Dzieci. Niemowlęta.
Milkną telefony. Nie działa internet.
Nie ma telewizji.
Nikt nie wie, co się stało...
Pomoc nie nadchodzi.
Czas ucieka.
W dniu swoich piętnastych urodzin znikniesz...
Tak jak oni."
10 listopada, godzina 10:18. W mgnieniu oka znikają wszyscy dorośli oraz nastolatkowie, którzy ukończyli piętnaście lat. Milkną telefony, nie działa telewizja ani internet. W miasteczku – Perdido Beach – pozostają wyłącznie niemowlęta oraz dzieci. Żadne z nich nie ma pojęcia, co się stało. Dzieciaki, przerażone zaistniałą sytuacją, starają się jednak nie tracić zimnej krwi i próbują nad wszystkim zapanować. Odkrywają ponadto, iż miasteczko zostało odgrodzone od reszty światy czymś w rodzaju muru, przez który nijak nie można się przebić. Dzieciaki nazywają obszar pod kopułą ETAP-em, co jest skrótem od hasła ,,Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej. Co więcej, w Perdido Beach pojawiają się zmutowane zwierzęta, a niektóre dzieci zostają obdarzone paranormalnymi mocami.
Bardzo długo przymierzałam się do tej książki, aż w końcu ją kupiłam. ,,Pochłonęłam" ją w jeden wieczór i od razu na następny dzień leciałam do księgarni po następną część. Na wstępie pogratuluję autorowi świetnego pomysłu. Choć niektórzy porównują ją do książki Stephena Kinga ,,Pod kopułą", to są to zupełnie inaczej napisane powieści. Przeczytałam obie te książki i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że mimo ogromnego szacunku i podziwu dla tzw. "Króla Grozy", czyli Stephena Kinga, to ,,GONE. Zniknęli" dużo bardziej mi się podobało.
Uważam, że książka jest bardzo fajnie pisana. Przy każdym rozdziale jest jakby "licznik", który pokazuje ile godzin i minut zostało do finalnego wydarzenia, które zakończy część.
Dodatkowo na pierwszych stronach umieszczone są dwie mapki. Jedna- mapka Perdido Beach, miasteczka, w którym toczy się akcja- Druga- mapka ETAP-u, czyli terytorium znajdujące się pod kopułą. Jest to bardzo fajna koncepcja, ponieważ łatwiej jest nam sobie wyobrazić miejsca akcji, pościgi czy bitwy. Ja osobiście ciągle do niej zaglądałam.
Akcja utworu toczy się bardzo szybko, nie ma miejsca na nudę, cały czas coś się dzieje. Krótki jest także czas trwania powieści, bo liczy on zaledwie trzynaście dni. Naprawdę dużo się dzieje, jest dużo wątków i każdy jest ciekawy.
Są dobrze wykreowani bohaterowie, każdy jest inny i oryginalny na swój sposób. Trzeba dodać, że jest ich przede wszystkim bardzo dużo, a autor każdemu z nich poświęcił odpowiednią ilość uwagi. Główną postacią jest Sam, który ma prawie piętnaście lat i za kilkanaście dni także ma zniknąć. Od razu go polubiłam, dlatego że zawsze był po prostu sobą. Mimo, że w szkole nigdy nie był jakoś szczególnie wyróżniany, to stał się najważniejszą osobą w ETAP-ie. Jego najlepszym przyjacielem jest Quinn, którego osobiście nie lubiłam, no ale cóż. Sam od zawsze był zakochany w Astrid. Pięknej blondynce, którą wszyscy nazywali "Genialną Astrid", dlatego że była po prostu genialna. Chodziła w szkole na wszystkie najbardziej zaawansowane kursy studenckie itp. Sam nigdy nie pomyślałby, że taka dziewczyna się do niego odezwie. Ale w tej trudnej sytuacji, która ich zastała, zbliżają się do siebie.
Reasumując książka mi się bardzo podobała. Sięgnęłam także po następne tomy, bo takowe są. Nie zawiodłam się na nich. Myślę, że ta seria przypadnie do gustu wielu czytelnikom. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Należyta doza grozy, romansu, trochę nauki i fantasy. Świetne połączenie, choć trudne do zrealizowania, bo można się pogubić, tutaj zastosowane było idealnie. Książka już po przeczytaniu pierwszego tomu stała się jedną z moich ulubionych, dlatego serdecznie ją polecam każdemu zapalonemu czytelnikowi.
Mam nadzieję, że się podobało :)
niedziela, 14 grudnia 2014
,,Jutro. Kiedy zaczęła się wojna" John Mersden
,,Mam na imię Ellie. Kilka dni temu wybraliśmy się w siedem osób na wyprawę do samego Piekła. Tak nazywa się niedostępne miejsce w górach. Wycieczka była próbą naszej przyjaźni. Niektórych z nas połączyło nawet coś więcej. Szczęśliwi wróciliśmy do domu. Ale to był powrót do piekła. Znaleźliśmy martwe zwierzęta, a nasi rodzice i wszyscy mieszkańcy miasta zniknęli.
Okazało się, że naszego świata już nie ma.
Że nie ma już żadnych zasad.
A jutro musimy stworzyć własne."
Ellie wraz z szóstką przyjaciół wybrała się na wyprawę do Piekła. Czyli do szczególnego i niedostępnego miejsca w górach. Na wycieczce połączyły ich trwalsze więzy przyjaźni, a nawet czegoś więcej. Gdy szczęśliwa młodzież wracała do domu, zauważyła, że coś jest nie tak. Wszystko wokół było bez życia. Dookoła pustka. Okazało się, że ich kraj został opanowany przez jeden z azjatyckich krajów i prawie wszystkich poza nimi pojmano. Zostali sami. Bez żadnych zasad. Bez nikogo. Teraz muszą sobie poradzić z zupełnie innym życiem i przetrwać. Jednak to im nie wystarcza. Chcą coś zmienić, a jest to bardzo niebezpieczne. Postanawiają znaleźć trochę światła w swoim życiu, pomóc rodzinom, nie zważając już na nic.
,,Kiedy zaczęła się wojna" to pierwsza część z cyklu ,,Jutro".
Mam trochę mieszane uczucia co do tej książki. Części jest siedem oraz dalszy ciąg serii pt.,,Kroniki Ellie", których są trzy. Przyznam się bez bicia, że przeczytałam tylko pięć książek z tej serii, nawet chyba nie w całości. Na początku podobało mi się, nawet bardzo, ale już gdzieś w czwartej części zaczęłam się trochę nudzić. Nie wiem dlaczego tych ksiązek jest aż tyle, bo myślę, że spokojnie można by zakończyć to na czterech. Dalsze wydarzenie były już trochę pisane na siłę. Tak ja to odczułam. Wydawało mi się, że zdarzenia się powtarzały. Ja rozumiem, że to wojna i coś może się nie udać to trzeba to powtórzyć, ale czasem miałam tego dość.
Jednak były też plusy. Fajny fabuła, bo z taką nigdy się jeszcze nie spotkałam. Młodzież postawiona w obliczu okrucieństwa jakim jest wojna- bardzo ciekawe i przemyślane. Bohaterowie byli całkiem normalni. Zwykli nastolatkowie, ze zwykłymi problemami, którzy chcieli odpocząć w górach. Wojna sprawia, że stają się bardziej dorośli i odpowiedzialni. Możemy zauważyć jak szczególnie zmienia się Ellie. Jako, że to ona jest narratorem, widzimy jak zmienia się jej tok myślenia. Inaczej postrzega inne rzeczy, staje się bardziej odważna.
Styl pisania autora jest lekki i nie sprawia kłopotów w trakcie czytania. Jednakże, mimo że pisze dość interesująco i potrafi zaciekawić czytelnika, to nie przelewa na papier swych emocji. Gdy czytałam byłam zaabsorbowana wydarzeniami, jednak nie do końca przeżywałam książkę, a jest to bardzo duży minus tej powieści, szczerze mówiąc to największy. Aczkolwiek i tak uważam, że spisał wszystko interesująco. Ellie jest w tej powieści narratorem i spisuje historię w czasie przeszłym, jako że to wszystko już się wydarzyło. Jednakże tutaj nastało kolejne zdziwienie. Jak ta dziewczyna, tak dokładnie to wszystko zapamiętała, razem z dialogami, odczuciami i faktami? Do tego jeszcze nie doszłam i to także odrobinę mnie zraziło.
Pozycja ta spodobała mi się, ale nie trafiła do mnie całkowicie. Ten brak pełnych emocji i przeżycia historii, bardzo mnie zasmucił. Uważam, że lektura ta miała wielki potencjał, który został wykorzystany tylko częściowo. Jednak warto ją przeczytać, choćby dla wspaniałych bohaterów i dobrej fabuły.
Okazało się, że naszego świata już nie ma.
Że nie ma już żadnych zasad.
A jutro musimy stworzyć własne."
Ellie wraz z szóstką przyjaciół wybrała się na wyprawę do Piekła. Czyli do szczególnego i niedostępnego miejsca w górach. Na wycieczce połączyły ich trwalsze więzy przyjaźni, a nawet czegoś więcej. Gdy szczęśliwa młodzież wracała do domu, zauważyła, że coś jest nie tak. Wszystko wokół było bez życia. Dookoła pustka. Okazało się, że ich kraj został opanowany przez jeden z azjatyckich krajów i prawie wszystkich poza nimi pojmano. Zostali sami. Bez żadnych zasad. Bez nikogo. Teraz muszą sobie poradzić z zupełnie innym życiem i przetrwać. Jednak to im nie wystarcza. Chcą coś zmienić, a jest to bardzo niebezpieczne. Postanawiają znaleźć trochę światła w swoim życiu, pomóc rodzinom, nie zważając już na nic.
,,Kiedy zaczęła się wojna" to pierwsza część z cyklu ,,Jutro".
Mam trochę mieszane uczucia co do tej książki. Części jest siedem oraz dalszy ciąg serii pt.,,Kroniki Ellie", których są trzy. Przyznam się bez bicia, że przeczytałam tylko pięć książek z tej serii, nawet chyba nie w całości. Na początku podobało mi się, nawet bardzo, ale już gdzieś w czwartej części zaczęłam się trochę nudzić. Nie wiem dlaczego tych ksiązek jest aż tyle, bo myślę, że spokojnie można by zakończyć to na czterech. Dalsze wydarzenie były już trochę pisane na siłę. Tak ja to odczułam. Wydawało mi się, że zdarzenia się powtarzały. Ja rozumiem, że to wojna i coś może się nie udać to trzeba to powtórzyć, ale czasem miałam tego dość.
Jednak były też plusy. Fajny fabuła, bo z taką nigdy się jeszcze nie spotkałam. Młodzież postawiona w obliczu okrucieństwa jakim jest wojna- bardzo ciekawe i przemyślane. Bohaterowie byli całkiem normalni. Zwykli nastolatkowie, ze zwykłymi problemami, którzy chcieli odpocząć w górach. Wojna sprawia, że stają się bardziej dorośli i odpowiedzialni. Możemy zauważyć jak szczególnie zmienia się Ellie. Jako, że to ona jest narratorem, widzimy jak zmienia się jej tok myślenia. Inaczej postrzega inne rzeczy, staje się bardziej odważna.
Styl pisania autora jest lekki i nie sprawia kłopotów w trakcie czytania. Jednakże, mimo że pisze dość interesująco i potrafi zaciekawić czytelnika, to nie przelewa na papier swych emocji. Gdy czytałam byłam zaabsorbowana wydarzeniami, jednak nie do końca przeżywałam książkę, a jest to bardzo duży minus tej powieści, szczerze mówiąc to największy. Aczkolwiek i tak uważam, że spisał wszystko interesująco. Ellie jest w tej powieści narratorem i spisuje historię w czasie przeszłym, jako że to wszystko już się wydarzyło. Jednakże tutaj nastało kolejne zdziwienie. Jak ta dziewczyna, tak dokładnie to wszystko zapamiętała, razem z dialogami, odczuciami i faktami? Do tego jeszcze nie doszłam i to także odrobinę mnie zraziło.
Pozycja ta spodobała mi się, ale nie trafiła do mnie całkowicie. Ten brak pełnych emocji i przeżycia historii, bardzo mnie zasmucił. Uważam, że lektura ta miała wielki potencjał, który został wykorzystany tylko częściowo. Jednak warto ją przeczytać, choćby dla wspaniałych bohaterów i dobrej fabuły.
czwartek, 20 listopada 2014
Hej
Nie wiem czy ktoś w ogóle czyta tego bloga... Zastanawiam się czy nadal wrzucać tu jakieś recenzje, bo myślę, że nikt raczej nie czyta tych moich wypocin :p Moglibyście dać znać w komentarzach czy chcecie żebym dalej prowadziła tego bloga? Buziaki, Tessa
sobota, 15 listopada 2014
,,Delirium" Lauren Olivier
„Mówili, że bez miłości będę szczęśliwa.
Mówili, że lekarstwo na miłość sprawi, że będę bezpieczna.
I zawsze im wierzyłam.
Do dziś.
Teraz wszystko się zmieniło.
Teraz wolę zachorować i kochać choćby przez ułamek sekundy, niż żyć setki lat w kłamstwie”.
,,Dawniej wierzono, że miłość jest najważniejszą rzeczą pod słońcem.
W imię miłości ludzie byli w stanie zrobić wszystko, nawet zabić.
Potem wynaleziono lekarstwo na miłość.
Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć?"
Kiedy kupowałam ,,Delirium" liczyłam, że trafiłam na świetną książkę. Pomyślałam: "Fajny opis, widać, że to nietypowe romansidło". Niestety, powieść nie sprostała moim oczekiwaniom.
Lena mieszka w świecie, gdzie miłość to choroba, której ludzie panicznie się boją. Znana jako amora deliria nervosa zabija podczas swojego czwartego stadium. W wieku osiemnastu lat każdy przechodzi zabieg, podczas którego aplikuje się remedium na miłość. Ludzi łączy się w pary dobierając ich względem podobieństw charakterów, a potem (bez miłości) płodzą potomstwo i je wychowują. Lena od zawsze nie mogła doczekać się zabiegu. Tak jak inni, panicznie bała się zachorować. Jednak podczas ewaluacji, poznaje Alexa. I wtedy wszystko się zmienia. Dowiaduje się o ruchach oporu i o tym co naprawdę dzieję się w ich społeczeństwie. Odkrywa, że sama nie mogłaby żyć bez miłości. Jednak zabieg zbliża się wielkimi krokami. A bliscy Leny zaczynają podejrzewać, że zachorowała...
Zacznę może od aspektu, którego może nie powinno brać się pod uwagę przy recenzji książki, ale...Okładka. Dla tych, którzy nie czytali tej książki, może być ładna, bo taka oczywiście jest. Ale co ona ma wspólnego z treścią? No dobrze, jest twarz Leny (ja tak to odebrałam), ale po co ona jest do połowy zanurzona w wodzie? Nie mam pojęcia, może ktoś mi to kiedyś wytłumaczy...
Widać, że książka starała się wykreować na "Igrzyskach Śmierci", zresztą jak każdy przyszły młodzieżowy bestseller. Z tyłu okładki jest tekst: "Jesteś pod wrażeniem Igrzysk Śmierci? Oto następna trylogia, na której punkcie totalnie zwariujesz. Delirium to niepokojący thriller, który sprawi, że błyskawicznie sięgniesz po następny tom!" Sorry, ale ja nie zwariowałam na jej punkcie. Gdzie ten thriller, na który tak liczyłam? I owszem sięgnęłam po następny tom, ale tylko dlatego, że mam w zwyczaju dokańczanie serii.
Bardzo nie podobał mi się styl pisania Lauren. Znaczna większość książki to opisy otoczenia i przemyślenia bohaterki. Kiedy się to czyta ma się wrażenie jakby autorka próbowała opisać każdy kawałek ziemi w Portland. I to kilka razy. Akcja toczy się bardzo wolno, a dialogów nie ma prawie w ogóle. Co mnie bardzo denerwowało, ponieważ preferuję wartką akcję i konkretną treść. Nie uśmiechało mi się czytanie czterech stron o tym jak bardzo brudne były buty Leny.
Problematyka miłości jako choroby została bardzo dobrze napisana. Pozwala nam spojrzeć na miłość z innej perspektywy.
„Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija. Ale to niedokładnie tak. To skazujący i skazany. To kat i ostrze. I ułaskawienie w ostatnich chwilach. Głęboki oddech, spojrzenie w niebo i westchnienie: dzięki ci, Boże. Miłość – zabije cię i jednocześnie cię ocali.” Na początku każdego rozdziału poznajemy poszczególne etapy choroby i jej objawy. Wielki plus za wykreowanie takiego świata.
Jeśli chodzi o bohaterów, to uważam że byli bardzo słabo wykreowani. Lenie nie można nic zarzucić. Autorka poświęciła jej dużo czasu. Niestety, w niektórych momentach zapomniała, że są tam też inni bohaterowie. Dowiadujemy się o nich trochę więcej dopiero w następnych częściach.
Podziwiam autorkę za ogólną ideę książki. Niewielu pisarzy wpadłoby na stworzenie tak genialnego świata, jak ten w Delirium. Zdarzenia niosą ze sobą ważne przesłania: warto walczyć o miłość, czasem trzeba się postawić władzy. Bardzo dobry pomysł na książkę. Szkoda tylko, że Lauren Olivier trochę go zmarnowała. Sama akcja, która się toczy jest fajna. Widać, że została przemyślana. Jednak, moim zdaniem, kiepsko zapisana.
To tyle. Jeśli ktoś lubi długo ciągnącą się akcję i dużo opisów lub ciekawi go jak wygląda każdy znak drogowy w Portland, to serdecznie polecam. Mnie książka trochę zawiodła. Może zbyt dużo od niej oczekiwałam? Tym którzy tak jak ja, lubią wartką akcję, dużo dialogów i niebanalnych bohaterów, radzę odłożyć książkę na półkę i zabrać się za inną.
Mówili, że lekarstwo na miłość sprawi, że będę bezpieczna.
I zawsze im wierzyłam.
Do dziś.
Teraz wszystko się zmieniło.
Teraz wolę zachorować i kochać choćby przez ułamek sekundy, niż żyć setki lat w kłamstwie”.
,,Dawniej wierzono, że miłość jest najważniejszą rzeczą pod słońcem.
W imię miłości ludzie byli w stanie zrobić wszystko, nawet zabić.
Potem wynaleziono lekarstwo na miłość.
Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć?"
Kiedy kupowałam ,,Delirium" liczyłam, że trafiłam na świetną książkę. Pomyślałam: "Fajny opis, widać, że to nietypowe romansidło". Niestety, powieść nie sprostała moim oczekiwaniom.
Lena mieszka w świecie, gdzie miłość to choroba, której ludzie panicznie się boją. Znana jako amora deliria nervosa zabija podczas swojego czwartego stadium. W wieku osiemnastu lat każdy przechodzi zabieg, podczas którego aplikuje się remedium na miłość. Ludzi łączy się w pary dobierając ich względem podobieństw charakterów, a potem (bez miłości) płodzą potomstwo i je wychowują. Lena od zawsze nie mogła doczekać się zabiegu. Tak jak inni, panicznie bała się zachorować. Jednak podczas ewaluacji, poznaje Alexa. I wtedy wszystko się zmienia. Dowiaduje się o ruchach oporu i o tym co naprawdę dzieję się w ich społeczeństwie. Odkrywa, że sama nie mogłaby żyć bez miłości. Jednak zabieg zbliża się wielkimi krokami. A bliscy Leny zaczynają podejrzewać, że zachorowała...
Zacznę może od aspektu, którego może nie powinno brać się pod uwagę przy recenzji książki, ale...Okładka. Dla tych, którzy nie czytali tej książki, może być ładna, bo taka oczywiście jest. Ale co ona ma wspólnego z treścią? No dobrze, jest twarz Leny (ja tak to odebrałam), ale po co ona jest do połowy zanurzona w wodzie? Nie mam pojęcia, może ktoś mi to kiedyś wytłumaczy...
Widać, że książka starała się wykreować na "Igrzyskach Śmierci", zresztą jak każdy przyszły młodzieżowy bestseller. Z tyłu okładki jest tekst: "Jesteś pod wrażeniem Igrzysk Śmierci? Oto następna trylogia, na której punkcie totalnie zwariujesz. Delirium to niepokojący thriller, który sprawi, że błyskawicznie sięgniesz po następny tom!" Sorry, ale ja nie zwariowałam na jej punkcie. Gdzie ten thriller, na który tak liczyłam? I owszem sięgnęłam po następny tom, ale tylko dlatego, że mam w zwyczaju dokańczanie serii.
Bardzo nie podobał mi się styl pisania Lauren. Znaczna większość książki to opisy otoczenia i przemyślenia bohaterki. Kiedy się to czyta ma się wrażenie jakby autorka próbowała opisać każdy kawałek ziemi w Portland. I to kilka razy. Akcja toczy się bardzo wolno, a dialogów nie ma prawie w ogóle. Co mnie bardzo denerwowało, ponieważ preferuję wartką akcję i konkretną treść. Nie uśmiechało mi się czytanie czterech stron o tym jak bardzo brudne były buty Leny.
Problematyka miłości jako choroby została bardzo dobrze napisana. Pozwala nam spojrzeć na miłość z innej perspektywy.
„Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija. Ale to niedokładnie tak. To skazujący i skazany. To kat i ostrze. I ułaskawienie w ostatnich chwilach. Głęboki oddech, spojrzenie w niebo i westchnienie: dzięki ci, Boże. Miłość – zabije cię i jednocześnie cię ocali.” Na początku każdego rozdziału poznajemy poszczególne etapy choroby i jej objawy. Wielki plus za wykreowanie takiego świata.
Jeśli chodzi o bohaterów, to uważam że byli bardzo słabo wykreowani. Lenie nie można nic zarzucić. Autorka poświęciła jej dużo czasu. Niestety, w niektórych momentach zapomniała, że są tam też inni bohaterowie. Dowiadujemy się o nich trochę więcej dopiero w następnych częściach.
Podziwiam autorkę za ogólną ideę książki. Niewielu pisarzy wpadłoby na stworzenie tak genialnego świata, jak ten w Delirium. Zdarzenia niosą ze sobą ważne przesłania: warto walczyć o miłość, czasem trzeba się postawić władzy. Bardzo dobry pomysł na książkę. Szkoda tylko, że Lauren Olivier trochę go zmarnowała. Sama akcja, która się toczy jest fajna. Widać, że została przemyślana. Jednak, moim zdaniem, kiepsko zapisana.
To tyle. Jeśli ktoś lubi długo ciągnącą się akcję i dużo opisów lub ciekawi go jak wygląda każdy znak drogowy w Portland, to serdecznie polecam. Mnie książka trochę zawiodła. Może zbyt dużo od niej oczekiwałam? Tym którzy tak jak ja, lubią wartką akcję, dużo dialogów i niebanalnych bohaterów, radzę odłożyć książkę na półkę i zabrać się za inną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





